Kredytowy dobrobycik w skali państwowej

Jak wszystkim wiadomo jesteśmy krajem zadłużonym, żeby nie użyć delikatnie słowa rozkradzionym, niekoniecznie bogatym. Nasz dług wynosi 500% przychodów budżetu, średnia pensja ledwo starcza na pokrycie kosztów życia, służba zdrowia jest jak w krajach trzeciego świata. Nie trzeba dalej wyliczać.

Ale nie, to wszystko nie prawda. Jesteśmy wielkim mocarstwem, które stać na pomoc krajom strefy euro. Wcale nie jest tak, że nie weszliśmy do tej strefy z powodu niedostatecznego rozwoju i niedostawania do Niemiec czy Francji (naszczęście).

Polska przekaże 115 mld zł na ratowanie krajów strefy euro?
Taką kwotę wyliczył bank Goldman Sachs opierając się na wysokości zebranych przez nasz kraj rezerw walutowych – pisze „Rzeczpospolita” / scr: gazeta.pl /

Z pewnością większość czytając taki artykuł uważa, że skoro tyle nam wyliczyli to z pewnością tyle jesteśmy w stanie dać. Niestety trzeba całyczas myśleć. 115mld zł to jest połowa naszego rocznego budżetu! Budżetu z którego nie starcza na emerytury, na służbę zdrowia i sratata (gdyby był dobrze zarządzany to starczałby z nadwiązką, ale jak widać bardzo lubimy polski kredytowy dobrobycik:).

Oczywiście nie oddamy połowy budżetu, ponieważ musimy opłacić „państwo”, raczej też nie oddamy rezerw walutowych, więc radośnie zaciągniemy kolejny kredycik i nasz deficyt wzrośnie do 55% PKB. Ziarnko do ziarnka, nie dawno zaciągneliśmy jeszcze kolejny miliard euro na walkę z kryzysem, którego u nas podobno nie było. Było, nie było kredytowy dobrobycik Platformy przodem.

Wspaniała instytucja jaką jest Międzynarodowy Fundusz Walutowy, która jest królem nad królami we wtykaniu kredycików i walnie przyczyniła się do kryzysów w Argentynie i Grecji, zadbała o to byśmy mieli jeszcze dogodniejsze warunki przyjmowania kredytu.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) ogłosił w piątek, że Polska może już korzystać z elastycznej linii kredytowej na 20,43 mld dolarów.

Polska skorzystała już między majem 2009 roku a majem 2010 roku z tego rodzaju możliwości, zarezerwowanej dla krajów uważanych za dobrze zarządzane i wykorzystujące te środki na zapobieganie kryzysom. / scr: gazetaprawna.pl /

Właśnie tego było nam trzeba. Warto dodać, że minister Rostowski wypowiedział się, że brak możliwości zaciągnięcia kolejnego długu byłby ogromnym zagrożeniem dla Polskiej gospodarki! Coś niesamowitego. Z drugiej strony w momencie w jakim się znaleźliśmy trudno cokolwiek zrobić sensownego dla poprawy Polskiej gospodarki. Jedyne rozwiązanie terapia szokowa. Poboli, ale się wyleczy, zamiast kredytowego dobrobyciku prowadzącego prosto w greckie koryto.

Dodatkowo warto zauważyć, że wspomniany Goldman Sachs przyczynił się do kryzysu w Grecji. Zachęcam do przeczytania fragmentów artykułu na ten temat.

Minister finansów przeprowadził pod koniec 2009 r. ogromną operację swapową. Operacja polskiego MF polegała na okresowej zamianie posiadanych walut na złote. FX-Swap to transakcja oparta na umowie, że w przyszłości fiskus wymieni się z kontrahentem walutą po z góry ustalonym kursie, czyli polegająca na zastawieniu walut posiadanych przez budżet państwa – coś na kształt opcji walutowych. Pomocy przy tym udzieliły komercyjne banki zagraniczne (Goldman Sachs).
(…)
W Grecji swapami walutowymi dilował bank inwestycyjny Goldman Sachs, który zarabiając na dwa fronty oszukiwał swoich klientów i akcjonariuszy. W USA toczy się kilka procesów, a ten właśnie bank jest podejrzewany o to, że delikatnie mówiąc mógł znacząco przyczynić się do rozwoju obecnego kryzysu . Inżynieria finansowa zastosowana w Grecji, a teraz jak widać i w Polsce ma w oczach specjalistów dosyć jednoznaczny wydźwięk i kolokwialnie nazywana jest „wałem” . Problem umoczenia Goldman Sachs w sprawy kryzysu i kreatywnych księgowości czy wprost oszustw (klienci i akcjonariusze) jak się okazuje nabiera tempa w szerszym „cywilizowanym” świecie. Tematem tym zajmuje się już Bruksela, Londyn i rozwścieczony ostatnio Berlin. Rządy, firmy, oraz inne banki przygotowują się do wytoczenia procesu bankowi Goldman Sachs z poważnymi roszczeniami finansowymi. Angielski nadzór finansowy ma na żądanie premiera przeprowadzić śledztwo wobec GS. Działania tego banku określono jako moralne bankructwo i jedną z najgorszych defraudacji.
(…)
W brytyjskim Urzędzie Regulacji Rynków Finansowych Goldman Sachs złożył wniosek o zgodę na otwarcie biura w Warszawie. A urząd taką zgodę wyraził.
(…)
Ważniejszy wydaje się tu powiązanie tego wejścia z planami prywatyzacyjnymi Ministerstwa Skarbu Państwa. To jednak nie jest żadna nowinka gdyż faktyczna współpraca Goldman Sachs z ministerstwem w sprawie prywatyzacji spółek z udziałem Skarbu Państwa trwa już od wielu lat. Teraz bankowcy z Goldman Sachs przygotowują się do prywatyzacji PZU. Szefem Goldman Sachs w Polsce ma być kto? Yes Yes Yes sympatyczny łagodzący negatywny wizerunek banku pan K. Marcinkiewicz. / scr: nwo /

Najwybitniejszy pisarz nie zdołałby chyba wymyśleć tak zawiłej fabuły jaką pisze dla siebie Polska polityka.

Reklamy

Totalitaryzm Platformy ponownie

Polecam wypowiedź polityka Tadeusza Iwińskiego z SLD o wodzie sodowej, która uderzyła PO. Szczerze już mnie to nawet nie rusza, totalna żenada.

O podejrzanych działaniach Platformy pisałam już we wpisach:
Wyniki wyborów
PO nie podoba się KRRiT
O burzonym pięknie internetu i zagrywkach PO
Słowo o sielance żydowskiej częściowo tutaj
Dlaczego wciąż nie wierzymy w układ Poznajemy siedzącego Pana? 🙂
Naprawdę, już w totalitarną piętkę gonią

Ja też trochę gonię w piętkę z tą Platformą, ale jak by nie patrzeć 1/3 społeczeństwa głosowała na tego nieszczęsnego Komorowskiego więc widocznie nie widzi co się dzieje. Im więcej materiałów na ten temat w sieci tym lepiej.

Pracuję nad cyklem ciekawych wpisów na temat prac Worrella Keelgo, potęgi dźwięku i zastosowaniu go m.in. do budowy… Stonehage.

PO bez PiSu jak Coca Cola bez Pepsi

Czytam właśnie doskonałą książkę „Anatomia władzy” będącą rozmowami Karnowskiego z Mistkiewiczem. Rozmowy traktują o współczesnej polityce i wydarzeniach z którymi wszyscy zetknęliśmy się w mediach. Książka ta jest z jednego jeszcze powodu wyjątkowa – co jakiś czas można napotkać tam dziwne, pikselowate kwadraciki. Są to fotokody, które odczytuje teoretycznie każdy telefon (po zainstalowaniu odpowiedniej aplikacji) i wyświetla materiały video związane z wydarzeniem omawianym aktualnie w książce. Mi osobiście te fotokody się nie odczytują, ale mój telefon od lat domaga się wymiany.

Zacytuję ciekawy fragment, który wyjaśnia dlaczego PO tak bardzo potrzebuje PiSu, oraz dlaczego PO i PiS wzajemnie wypełniają niemal całą scenę polityczną spychając inne partie na bok.

(…)Antagonista nadaje sens walce naszego bohatera. Sprawia, że kibicujemy mu z całych sił. Pomyśl przez chwilę, co byłoby z Coca-Colą, gdyby nie wymyśliła sobie swojego największego rywala?

Nie chcesz powiedzieć chyba, że Pepsi-Cola pojawiła się na zapotrzebowanie Coca-Coli?

Tak. I powiem za chwilę, że gdyby nie Platforma Obywatelska, której szalenie jest potrzebny taki PiS, jaki jest, nie byłoby być może PiSu. A przynajmniej nie w tej skali. Tak jak PiS jest potrzebny Platformie, tak Pepsi jest potrzebna Coca-Coli.

Mechanizm jest podobny. Roberto Goizueta, były szef Coca-Coli w latach 90., bardzo świadomie zastosował tą technikę. Później zdradził w „Fortune”, że jeśli jakaś firma nie ma swego naturalnego przeciwnika, musi go sobie znaleźć. [identyczną taktykę przyjął prezes Media Marktu zakładając później swoją naturalną konkurencje – Saturna – przypis mój] Jeżeli ma niewielkiego przeciwnika – powinna go hołubić, budować, cieszyć się, że rośnie. Tylko tak doprowadzi bowiem do wojny. Problemy, prawidzwe probemy, rozpoczynają się bowiem dopiero wtedy, gdy przeciwbnik został sprowadzony do parteru. Bezpośrednio atakując wskazanego rywala, poświęcając na tę rywalizację mnóstwo sił i środku, Goizueata zmobilizował wszystkie siły witalne swojej firmy. Ta wojna, „wojna o colę”, zdominowała ogląd rynku, wyzwoliła potężną energię marketingową i reklamową użytą przez obydwie walczące strony. Wtedy w szaleńczej gonitwie za nowymi technikami promocji w miejscach sprzedaży, odkrytu nowe segmenty rynku i wręcz nowe rynki. Zarobiono naprawdę wielkie pieniądze. Ta wojna, która podzieliła świat napojów gazowanych z karmelem pomiędzy dwie firmy, podzieliła rynki na wszystkich kontynentach, i to podzieliła, wydaje się na wieki wielków, napędzała rozwój obu firm. Wyobraź sobie, co by było, gdyby jedna z firm szybko pokonała drugą?

Miałaby cały świat dla siebie.

Nie. Historia zaczęłaby buksować w błocie, stałaby się nuda. W dobrej historii możemy doprowadzić oczywiście do zwycięstwa w każdym momencie jednej ze stron, tylko po co śledzić taką historię dalej? Przed walką Coca-Cola była z lekka zaśniedziałą marką. Oczywiście, tradycja, kształt butelki, swoista legenda zbudowana przez dziesięciolecia. Ale czy bez walki z Pepsi byłaby znów świeża, znów sexy?

Walka Coca-Coli z Pepsi to dziś klasyka. Sam wybór strategi przez Goizuetę, ale też jej realizacja. Z jednej strony więc antagonista jest możliwy do pokonania, mobilizujemy wszystkie nasze siły, wszystkie nasze emocje do tej walki. Z drugiej jednak pamiętamy by dać mu oddech, wywoływać na plac bitwy wtedy, gdy uwaga naszych sympatyków gdzieś się rozpierzcha, coś innego ich zajmuje. Wróg jest po to abyśmy mobilizowali nasze siły witalne, gromadzili sojuszników. Im większy jest nasz wróg, tym większego wsparcia potrzebujemy. Dopóki dobrze tym procesem będziemy zarządzać – dopóty jesteśmy wygrani.

Zauważ, że bez odpowiedniego antagonisty, bez porywająco zapowiadającej się walki, widz może skierować swą uwagę – a już wiemy jak cenne to dobro – na coś innego. Na inny napój, albo na inną partię. (…) Publiczność nawet nie zauważy, że będzie nas dopingowała, a w kluczowym momencie, nad urną wyborczą, wspomoże nas w walce o słuszną sprawę.

To Twoje rozwiązanie zagadki tajemnicy sukcesu Platformy?

Zauważ, że Platforma nigdy nie odnosi się do lewicy. Panowie i panie z SLD dwoją się i troją, rodzielają kuksańce na prawo i lewo, atakują i nic. Platforma bowiem bardzo świadomie i metodycznie wybrała sobie innego sparingpartnera. Tylko na niego jest skierowana. Tylko z nim się bije. Tylko jego zaprasza na matę. (…) Im większą pasję włoży PO w walkę, im bardziej będzie wydawała się ona dla Platformy trudna, tym większą pomoc publiki uzyska.

Jeśli antagonista jest dobry, słuchacze i widzowie wybaczą wszystko. Błędy potknięcia, niedoskonałości, niezborność programu, trudności z jego realizacją. Dopóki na scenie jest antagonista, dopóki jest tak dojmujący, będą występowali po jego stronie.

Jest to bardzo trafne. Fakt, że PO walczy tylko z PiSem, a PiS tylko z PO powoduje, że wydaje się, że inni są słabi, nie ważni. To tak jakbyśmy oglądali dwa lwy walczące na środku areny i kilka przechadzających się jeleni, stających czasem do mało ciekawej walki między sobą. Oczy i tak skupiają się na dwóch lwach. Do tego oczywiście media pomagają nam w wyborze na kim się skupiać mówiąc ciągle tylko o tych dwóch partiach i nie zwracając uwagi na resztę.

Mistkiewicz w tej książce niejednokrotnie porównuje współczesną politykę, nie tyle nawet co do teatru, co dosłownie do kina, rządzącego się prawami kultury masowej. Polityka zaczęła działać tak samo jak przemysł muzyczny, czy filmowy. Politycy stali się celebrities. Nie obchodzą nas ich programy wyborcze, obchodzi nas dobra zabawa, ciekawa historia. Spot wyborczy Komorowskiego nie zawiera nawet słowa o jego programie wyborczym, tylko opowiada historie jego życia. I teraz rozumiem dlaczego ludziom to się podoba. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że polityka idei odeszła zupełnie do lamusa, trendy jest teraz polityka pijaru. I tyle. Dlatego JKM ma mimo wszystko niskie poparcie i trudno to zmienić. Smutne.

Chociaż wydaje mi się, że u nas i tak nie osiąga to tak dennego poziomu jak np. w USA. W końcu Polacy są narodem „ideowców”, więc wszystko może się zdarzyć :).

Fragment książki „Lewy czerwcowy” Jacka Kurskiego

Dzisiaj zamieszczam fragment książki Jacka Kurskiego, będącej wywiadem z różnymi przedstawicielami rządu we wczesnych latach ’90 podczas tworzenia się demokratycznej Polski. Aktualnie do jakiegoś 14.06 jestem poza domem i mało siedzę przy kompie – stąd brak aktywności na blogu.

Zamieszczam fragment wywiadu z Adamem Glapińskim, ministrem budownictwa w rządzie Bieleckiego.

– Czym dalej od 1990 roku, tym szok Balcerowicza wydaje sie większą klapą. Dlaczego?

– Ów szok poza puszczeniem cen, otwarciem granic, wymienialną wewnętrznie złotówką, miał objąć zmiany własnościowe, a zwłaszcza zmiany struktury władzy ekonomicznej. Miał, ale nie objął. Na tym polegała zupełnie nie dostrzegana przez rząd Mazowieckiego różnica między zapowiedziami, a tym co było zrealizowane. Już po kilku tygodniach działąnia planu publiczne padały pytania: dlaczebgo nic się nie dzieje w strukturach władzy ekonomicznej, na dole – w przedsiębiorstwie i na szczeblu centralnym – w ministerstwach i NBP. Dlaczego Balcerowicz w ogóle nie wymienia ludzi.

– Przypomnijmy jak było. Uwolniono ceny, więc rosły lawinowo kasując popyt ludności. Po dwóch miesiącach ceny ustabilizowały się na najwyższym możliwym poziomie, wtedy brak popytu zatrzymał hiperinflację. Gdy zabrakło pieniędzy na zakupy, sklepy zapełniły się. To co zewnątrz wydawało się przede wszstkim równowagą i stabilizacją – w Polsce oznaczało głównie recesję. Pieniądz potraktowano szokowo, granice otwarto na oścież, przedsiębiorstwa pozostały socjalistczne. Niezmiennie produkowały mniej, za to drożej, bo sprzedając mniej (z braku pieniędzy u ludzi) i chcąc przetrwać – podnosiły cenę jednostkową produktu. Później tłumaczono się, że nie było jasne jak to będzie i dopiero po pół roku dostrzeżono, że zmiany strukturane idą zbyt wolno, co było oczywiście eufemizmem.

– Od samego początku ludzie o różnych punktach widzenia, na lewo od Balcerowicza, np. Ryszard Bugaj czy Maciej Jankowski, albo prawicowi jeszcze wtedy liberałowie (będący częścią PC) ostro krytykowali Balcerowicza za brak zmian we własności władzy ekonomicznej czyli, że zamiast kapitalizmu mamy postkomunizm, gdzie otwarto granice, uwolniono ceny, ale wszystkie decyzje są scentralizowane w Ministerstwie Finansów, tak jak kiedyś w Biurze Politycznym. Spółki nomenklaturowe rozkwitają, bo mają dostęp do władzy ekonomicznej i „niby wolnego” rynku, na którym zwykli kapitaliści, czy nowi konkurenci nie mogę się oczywiście pojawić, bo nie są w stanie otrzymać normalnego kredytu, ani obługiwać horrendalnie oprocentowanego. Przewidywano już wtedy dokładnie co się działo w gospoarce dalej. Proszę zajrzeć do ówczesnych tekstów, (choć nie znajdziecie ich panowie w „Gazecie Wyborczej” i innych zbliżonych do UD)

– Recesja zwiększała zyski nomenklatury, bo ta już wcześniej usadowiłą się w najbardziej dochodowych punktach otoczenia przedsiębiorstw, żerując na przymusowym pośrednictwie itd. Powstał socjalizm rynkowy – zbiednieli ludzie, zyskali importerzy i nomenklatura. Co było największym błędem Balcerowicza?

– Że nie zmienił struktur władzy ekonomicznej i nie wymienił kadr. Warunkiem powodzenia jakiejkolwiek głębokiej reformy była masowa wymiana ludzi w ministerstwie finansów, handlu zagranicznym, sprawach zagranicznych, NBP itd. Bez niej ta reforma nie miała szans. Wszyscy przecież znaliśmy tych ludzi! (…) Mazowieckiemu i Balcerowiczowi zabrakło po prostu woli politycznej i odwagi działania przeciwko interesom swoich kręgów towarzyskich. Skutki zmarnowanej wtedy szansy masowej wymiany kadr są nieodwracalne.

– Co to znaczy masowa wymiana kadr?

– Najprostszy zabieg: wymiana piętnastu, dwudziestu wysokich urzędników na kluczowych stanowiskach (wiceminister, dyrektor departamentu) we wszystkich podstawowych instytucjach takich, jak MF, NBP, MSZ, MWGzZ, inne ministerstwa gospodacze, Główny Urząd Ceł, Urzędy Skarbowe – przy, co oczywste, niedopuszczeniu do tycg funkcji „nowych” agentów ze słóżb specjalnych. Nowi ludzie pracowaliby najpierw ze starym niższyb personelem, stopniowo później przez lata zastępowanym według reguł fachowości na młodszy. W ograniczonym zakresie należało to samo zrobić w całej terenowej administracji gospodarczej. To była najprostsza sprawa, którą np. w Czechosłowacji przeprowadzono bardzo sprawnie.
(…)
– Balcerowicz mówił, że nie ma ludzi podczas gdy tym ludziom po prostu nie dawał szansy?

– Bo w grę wchodził tylko ktoś z tego samego co reszta środowiska. Balcerowicz nie mógł wyrwać się poza krąg swoich dawnych znajomych. On się trudno przyzwyczaja do nowych ludzi, jest bardzo zamknięty, nieufny. Gdy afera FOZZ nabrała rozgłosu, szepnął mi kiedyś sarkastycznie do ucha w czasie obrad rządu „nie wiem jak będę pracował, jak mi wszystkich z ministerstwa wyaresztują”. Był rzerażony tym, co zostało ujawnione, zasięgiem kręgu osób, które musiały być w to umoczone. Ale nie wyciągał wniosku, że należy zacząć ludzi zobowiązanych do nadzoru nad FOZZ, czy Bankiem Handlowym po prostu zwalniać. Nigdy nie wykonał takiego ruchu, do ostatniej chwili trzymał Sawickiego! Nie chciał publicznego ujawnienia całej prawdy.

– Społeczeństwo cierpiało wyrzeczenia na stabilizacji gospodarki, a ten surowy ale sprawiedliwy Balcerowicz – na takiego przecież wyglądał – przyglądał się jak establishment nomenklatury finansowej defrauduje w tym czasie miliardy dolarów na szkodę budżetu, którego miał chronić?

– (…) Jestem głęboko przekonany o najlepszych chęciach i dobrej woli Leszka Balcerowicza. Jego fatalną natomiast wadą była katastrofalna w skutkach dla Polski niezdolność do wydobycia się z zaklętego kręgu ludzi, wśród których się ukształtował.

– Skąd wzięła się atmosfera, w której setki miliardów wyciekające z budżetu poprzez np. FOZZ nie skłaniają Balcerowicza do żadnych przeciwdziałań? Dlaczego Polacy nic nie wiedzieli o złodziejskiej klice w Ministerstwie Finansów?

– 95% gazet się o to usilnie starało (z „Gazetą Wyborczą” na czele). Podobnie telewizja. Sprawa FOZZ w ogóle nie mogła przedostać się do opinii publicznej, tak samo jak nazwisko Sawickiego. Kontraktowy sejm nigdy nie zainteresował się tajemniczością funkcjnowania systemu decyzyjnego Ministerstwa Finansów: jak wygląda tam proces decyzyjny, któzy urzędnicy za co są odpowiedzialni. Każdy oważny krytyk Leszka Balcerowicza był od razu kasowany przez środki masowego przekazu jako oszołom, zawistnik, prymityw albo pogrobowiec nakazowej gospodarki socjalistycznej. (…)

– Liberałowie (KLD, dzisiaj PO – przyp. mój) krytykowali układ, dopóki się w nim nie znaleźli?

– Tak. Przez pierwsze trzy miesiące oczekiwano jeszcze na starcie dwóch panów „B” i odejście Balcerowicza, chociażby z funkcji wicepremiera. Bielecki jednak go nie usuwał, nie zarządał nawet od niego przeprowadzenia istotnych zmian w jego ministerstwie.
(…)
– Czy ekspansja liberałów stała w sprzeczności z interesami gospodarczymi kraju?

– Tak. Ich wtopienie się w istniejący układ oznaczało rezygnację z dokonania antynomenklaturowej rewolucji w polskich finansach i bankowości, z odsunięcia od władzy ludzi ze służb specjalnych PRL. Wzmocniło postkomunistyczny układ władzy gospodarczej politycznie i propagandowo, uczyniło go bardziej „europejskim” i przydało mu pseudokapitalistycznego blichtru. Umożliwiło tumanienie młodego pokolenia, czego nie było w stanie osiagnąć samo „magdalenkowe” środowisko UD.
(…)
– Nie było tak, że zaczęli i się cofnęli?

– Nie! Wystarczyło, że zetknęli się z potęgą systemu. Bielecki jako premier natychmiast dostał d Milczanowskiego wykaz agentów w bankach i administracji finansowej (szerszy niż listy Macierewicza). Zorientwał się, jaka to potworna skamielina i jakie powiązania. Wtedy musiała zapaść decyzja. (…) I nagle liberałowie zaczęli pojawiać się w otoczeniu ludzi z zarządów banków, Ministerstwa Finansów, nomenklatury. Całkowicie wtopili sę, mam nadzieję, że bez przyjemności, w środowisko generacji ’84.

Słowo o sielance żydowskiej

Jestem daleka od antysemityzmu i nie mam nic do narodu żydowskiego jako całości. Uważam za zbyt daleko idącą skrajność twierdzić, że wszyscy żydzi to wcielone zło. Są ludzie żydowskiego pochodzenia, którzy są normalni i uczciwi.

Jednak prawdą jest, że wśród światowej elyty (i nawet nie tylko), szkodzącej innym narodom Żydzi stanowią prominentny procent i jak najbardziej mamy powody, aby się oburzać i nie życzyć sobie takich działań.

Oto przemówienie prezydenta Izraela Szymona Peresa na forum ekonomicznym w Tel Awiwie, już trzy lata temu

Dobrze mówić o zaletach gospodarki Izraelskiej, ale łatwo się zapędzić i powiedzieć nieco za dużo i nawet się nie zorientować. Ani śladu zażenowania, tylko beztroski śmieszek. Może uznał, że to nie ma znaczenia, bo nasze wolne media i tak tego nie nagłośnią, bo przecież są tak bardzo wolne. Osobiście jakoś nie zetknęłam się wcześniej z tą kwestią.

Tak naprawdę problemem nie jest to, że Żydzi wykupują Polskę, tylko to, że MY wybieramy ludzi, którzy ją sprzedają.

Pierwsze głosowanie (o którym wiem) za oddaniem Żydom mieszkającym w USA reparacji wysokości 65mld dolarów (!) odbyło się 8 września 2006r. Na 418 głosujących 378 zagłosowało za oddaniem reparacji, w tym jedyną partią z której nikt nie zagłosował za było SLD (Napieralski). PO i PiS niemal jednogłośnie, podobnie Samoobrona, PSL i LPR.

Następne miliardy miały poszybować 2 lata później. Napisały nawet o tym wolne media, jednak oczywiście w bezkrytycznym tonie. http://www.rp.pl/artykul/105482.html, jednak z tego co udało mi się ustalić Tusk odłożył to do 2012. Tyle dobrego, chociaż kto wie, czy to wyjdzie faktycznie na dobro Polski. Być może jest to związane z planowanym przyjęciem euro w 2012 (teraz 2011) i związanym z tym sztywym ustalaniem kursu euro do złotego. Ale to tylko hipoteza.

Teraz, niedawno, kandydat na prezydenta Komorowski w rozmowach z Szymonem Peresem obiecał kolejne zwroty mienia Żydom. Obawiam się, że nawet jeśli są osoby żydowskiego pochodzenia, które teraz żyją w niegodnych człowieka warunkach i reparacje mogłyby im pomóc i tak te pieniądze nie trafią do nich, tylko do kapryśnych bankierów czy innych członków elity finansowej.

Oczywiście to nie jest koniec, bo jest jeszcze mnóstwo innych spraw takich jak „prywatyzacja” byłych przedsiębiorstw państwowych, która trwa całyczas – chociażby w miarę świeża sprawa stoczni, jednak jakiś sposobem pieniędzy nam nie przybywa. Dodatkowo płacimy niebotyczne podatki i co.

I nic. Państwo cały czas jest zadłużone i dalej się zadłuża i wciąż brakuje pieniędzy na sprawy bieżące takie jak wyposażenie szpitali, budowa zabezpieczeń przeciw powodziowych etc. Ja pytam – na co poszły te wszystkie pieniądze, skoro nie na Polskę?

Jeśli chcemy być Unijczykami, musimy zrozumieć

Wolne media rozwodzą się nad zaletami Unii i nad korzyściami dla Polski związanymi z niesamowitymi dotacjami. Żadnej krytyki. O cudownym euro i braku krytyki w mediach już pisałam w poście „Eurosuwerenność„. Ogółem zamiast słuchać tych bzdur w tv o korzyściach dla PL można sobie markerem napisać na kartce „Unia jest cudotwórcza.” i nalepić na telewizor. Efekt ten sam.

Nie rozumiem dlaczego tak łatwo i lekko uwierzyliśmy, że Unia Europejska daje bezinteresownie miliardy „dotacji” na rozwój. Jak wiemy w polityce nie ma przyjaciół, są conajwyżej partnerzy i pieniędzmi nie sypie się ot tak. Po za tym chyba oczywiste jest, że żeby sypać pieniędzmy najpierw trzeba je uzbierać.

Wszystkie państwa członkowskie płacą składki na rzecz Unii i z tych pieniędzy się rozporządza sprawami państw członkowskich. Nazwałabym te składki podatkami. My płacimy podatki państwu, część pieniędzy się rozpływa między urzędników, a następnie państwo płaci podatki Unii i jeszcze większa część pieniędzy rozpływa się w gigantycznej biurokacji Unii. Teraz nasze zarobione pieniążki z podatków wracają uszczuplone o pensje dla tych wszystkich urzędasów w postaci dotacji dla rolników, dotacji dla rozwoju, etc. etc.

Moje pytanie: PO CO?!

Dlaczego trzeba było oddawać inicjatywę dofinansowań Unii Europejskiej. W Polsce funkcjonowały dofinansowania już wcześniej. Pójdę krok dalej, dlaczego nie można od razu znieść podatków i niech każdy sobie sam wypracuje „dotacje” na swoje gospodarstwo rolne, na swoją firmę, na działalność społeczną na rzecz czegoś tam jeśli ma takie życzenie i tak dalej. Wtedy z wypracowanych pieniędzy będziemy opłacać to co jest naprawdę potrzebne, a nie pracę kapryśnego urzędnika, nie ważne unijnego czy polskiego.

Nie mogę zrozumieć jak to się dzieje, że media wciskają nam widoczne gołym okiem półprawdy i półkłamstwa, a my to połykamy w całości i się cieszymy z tego jaka ciocia Unia jest fajna, dofinansowuje Polskę! Błagam. To co powiem teraz będzie radykalne i niepopularne, ale Unia nas nie dofinansowuje. Ona nas okrada.

Co roku nasze składki na Unię Europejską są coraz wyższe. Nie specjalnie mnie to dziwi, to oczywiste – im dalej w las, tym więcej drzew. Im dalej w Unię tym więcej ustaw i pracy urzędników do opłacenia. Naprzykład ustawy o wymaganym kształcie ogórka i banana. Na nic lepszego pieniądze z naszych podatków nie mogły powędrować.

Zgodnie z wyliczeniami na stronie patriota.pl na 9 miliardów składki przypada nam 6,5 miliardów dotacji. 2,5 miliardy złotych idzie na prostowanie bananów zamiast np: budowę autostrad, dofinansowanie służby zdrowia, czy cokolwiek innego, czego potrzebujemy MY, a nie bogaci po dziurki w nosie urzędnicy.

Mimo tego, że nie lubię epatować takimi sloganami jak „doprowadzanie do utraty niepodległości” czy „pogłębianie nędzy obywateli” użycie ich tutaj jest w 100% zasadnie. Niepodległość straciliśmy i nie mieliśmy nic do gadania (bo konstytucyjne prawo do referendum w sprawie przekazania władzy nad krajem zostało sponiewierane i przemilczane przez wszystkie, bez wyjątku, wolne media, co więcej Pan Tusk nie raczył, aby chociaż ten traktat przed podpisaniem przeczytać), a bogactwa na pewno nam nie przydaje przepływ naszych pieniędzy przez te wszystkie szczeble biurokracji lokalnej (państwowej) i uninej.

Tak na marginesie, niektórym patriotom łzy się cisną do oczu i ciskają gromy za to, że podczas potopu szwedzkiego Polska szlachta „sprzedała” Polskę zamiast bronić interesu ojczyzny. Właśnie dzieje się to samo tylko w wersji współczesnej i pozbawionej akcentów wojennych. Za czasów potopu szwedzkiego Polacy podpisali umowę, że oddadzą ojczyznę w zamian za zachowanie tytułów i majątków. Teraz sprzedajemy ojczyznę w zamian za „dotacje” Unijne, które są fikcją! Polska wyszła obronną ręką z potopu szwedzkiego, wierzę, że teraz będzie tak samo.

Natomiast pytanie, czemu tytuł postu jest taki, a nie inny. Przecież przystąpiliśmy do Unii, podpisaliśmy traktat i jeśli wybierzemy Komorowskiego czy innego Kaczyńskiego nie ma co liczyć na zmiany na lepsze. Napisałam taki tytuł dlatego, że narazie jesteśmy ślepymi Unijczykami. I niestety, proces uzdrawiania boli. Zawsze.