Interwencja policji i słowo o legalizacji

Gdy organizuje się parady równości policja nie dość że nie ingeruje w to (mimo, że narusza to moim zdaniem kwestie dobrego smaku i porządku społecznego), a wręcz służby chronią manifestujących przed aktami agresji ze strony przechodniów. No i mimo, że osobiście nie popieram homosiów, no ok. Mają prawo się domagać czegoś tam.

Tutaj mamy do czynienia z paradą na rzecz legalizacji marihuany i mamy przepychanki z interwencją policji. To samo było rok temu. Punktem zapalnym przepychanek było następujące zdarzenie:

jeden z demonstrantów na platformie zapalił jointa i krzyknął „Dlaczego nie ma chętnych żeby mnie zaaresztować?”
gazeta.pl

Tutaj się zgodzę, że koleś mógł się nie wychylać i nie kozaczyć. Policja miała prawo go zatrzymać zgodnie z obowiązującym prawem. Przepychanki jakie miały miejsce później są nie do przyjęcia. Nie było potrzeby takiego uzbrojenia policji, ani nie było potrzeby używania pałek w celu zaprowadzenia porządku. Całość uważam za niepotrzebny akt agresji w stosunku do obywateli, którzy manifestują zgodnie z prawem. Oczywiście oficjalna wersja zdarzenia podawana w mediach jest nieco inna.

Tutaj możemy obejrzeć jak wyglądała interwencja policji:
http://mwk10.wolnekonopie.pl/node/9

(daję linka, bo nie wiem czemu nie działa kod na ramkę video)

Po za tym jestem jak najbardziej za legalizacją marihuany, jest mniej szkodliwa niż tytoń, a że jest halucynogenna – przecież nikt nie będzie palił jointa za jointem jak pali się papierosy. W Holandii jest legalna i jakoś nie ma problemów z tysiącami zakręconcych osób, czego obawiają się przeciwnicy legalizacji. Oczywiście zakaz prowadzenia samochodu po spożyciu marysi i np. wykonywania operacji musi być. Tak samo jak z zakazami po spożyciu alkoholu.

Po za tym, marihuana nie jest rośliną, której zastosowanie ogranicza się do wywoływania odmiennych stanów świadomości (btw, słyszeliście o agresywnych zachowaniach ludzi po spożyciu marihuany? A po alkoholu?). Konopie mają ogromny potencjał przemysłowy – chociażby do produkcji papieru, czy do produkcji tkanin. Konopie mają znacznie dłuższe i mocniejsze włókna niż bawełna, są łatwe i tanie w uprawie. W Australi stosuje się na szeroką skalę w przemyśle marihuanę i jakoś nie słychać o żadnych problemach z tym związanych. Napiszę o tym dokładniej w innym wpisie.

Reklamy

GMO, a problem głodu w Afryce

Jedynym pięknym i chwytającym za serce argumentem za dystrybucją produktów GMO jest wyświechtany frazes „przeciwdziałania głodowi na świecie”. Zagorzali obrońcy GMO epatują lotnymi frazesami takimi jak „dla ludzi w Afryce czy Indiach żywność genetycznie modyfikowana to kwestia życia i śmierci, tam miliony osób umiera z głodu!”. Muszę przyznać, że swojego czasu ten argument bardzo do mnie przemawiał.

Później jednak dowiedziałam się więcej o Europejskiej i Amerykańskiej działalności na rzecz „zmniejszenia” głodu w rejonach najbiedniejszych. Przypomina to raczej tworzenie całkowicie uzależnionych od europejskich i amerykańskich koncernów rynków zbytu.

Jestem przekonana, że gdyby Ameryka i Europa nie wtryniały się w sprawy rejonów biednych (nie mówię o takich skrajnościach jak Darfur) znacznie lepiej by sobie one poradziły niż z pomocą, która robi z nich wasali Europy i Ameryki.

Wyobraźmy sobie drobnego rolnika w Afryce. Jest w posiadaniu nie dużego pola, co roku zbiera z niego nie duży plon i sprzedaje na lokalnym targu za nie duże pieniądze. Takich rolników w Afryce było mnóstwo i pomijając takie rejony jak Darfur. Ludzie co prawda nie mogli narzekać na komfort zbytku jednak żyło im się powoli i w miarę dobrze, mimo że biednie. Teraz wkracza już dobrze znana nam firma Monsanto ze swoją szkodliwą, modyfikowaną żywnością. Zmusza rolnika do wykupienia licencji (i ponawiania zakupu co roku!) i rolnik ma plon większy, ale płaci mnóstwo pieniędzy w licencjach. Modyfikowana kukurydza rozprzestrzenia się na sąsiednie pola i sąsiedzi też muszą wykupić licencje, bo jakby nie było – mają nielegalnie kukurydzę Mosanto na swoim polu. W ten sposób Monsanto ma ogromny rynek zbytu generujący grube pieniądze, a rolnicy mają ogromne koszty i szkodliwą żywność pod domem.

W większości krajów afrykańskich jedynym problemem jest brak nowoczesnych systemów irygacyjncyh. Jeśli chcemy pomóc Afryce zbudujmy wodociągi im albo dajmy im pieniądze na budowę, zamiast zarzucać ich (odpłatnie!) żywnością genetycznie modyfikowaną.

Mieszkańcy Afryki są doskonale świadomi swoich potrzeb. Wilfrid Fox Napier, arcybiskup Durbanu (główny port RPA) w rozmowie z agencją Fides zaapelował o pomoc w budowie studni, zapór wodnych i wodociągów, ponieważ to jest problemem w Afryce.

Jednak korporacjom nie pasuje wizja niezależnej, rozwijającej się samodzielnie Afryki. Znacznie lepszym scenariuszem jest uzależnienie ich od produkowanych nasion GMO, oraz robienie z nich wielkiego eksperymentu, który jeszcze płaci za eksperymentowanie na sobie. Są np. odnotowane przypadki, że w Afryce setki osób naraz dostaje napadu histerycznego śmiechu i nie może się opanować, po czym nagle im przechodzi. Naukowcy podejrzewają, że to przez pyłki modyfikowanej pszenicy w powietrzu.

Robert Paarlberg, w swojej książce „Głód nauki: jak biotechnologie są trzymane z dala od Afryki” prowadzi niezwykłą, unaukowioną propagandę na temat zalet upraw genetycznie modyfikowanych. W książce tej, wyprowadza jak bardzo żywność organiczna jest prymitywna, oraz jak doskonała jest żywność genetycznie modyfikowana. W tej samej książce czytamy na temat postulatów ugrupowań pozarządowych w Afryce.

„Wierzą, że tradycyjna uprawa roli w Afryce opiera się na tubylczej wiedzy, której nie powinno się zastępować wiedzą opartą na nauce i sprowadzoną z zewnątrz. Namawiają oni Afrykanów, by unikali nawozów sztucznych i starali się zamiast tego o certyfikaty rolników organicznych. W sprawie inżynierii genetycznej ostrzegają rządy afrykańskie, by nie udostępniały tych technologii rolnikom”.

Moim zdaniem są to bardzo słuszne postulaty, bo jeśli Afryka uporałaby się wreszcie z problemem irygacji pól, mogłaby stać się w ciągu kilku dekad, eksporterem żywności organicznej, na którą rośnie popyt w uświadomionych krajach zachodnich.

Jest to jedna z dwóch sensownych dróg rozwoju Afryki. Żywności genetycznie modyfikowanej nikt od Afryki nich nie kupi, a oni sami w niedługim czasie nie uporaliby się z ilością chorób związanych ze spożywamiem GMO.

Druga droga rozwou, to turystyka. Afryka ma egzotyczne krajobrazy, oraz ma sztukę i kulturę etniczną, którą coraz więcej ludzi w rozwiniętych krajach ceni i się nią fascynuje. I akurat tutaj działa wolny rynek i inwestorzy zagraniczni budują od lat hotele w Afryce tworząc tysiące miejsc pracy. W ten sposób można pomóć, a nie sprzedając drogie licencje na GMO.

Jeszcze raz podkreślam – nie mam na myśli terenów gdzie nie da się niczego rozwijać, bo jest tam dosłownie tylko głód, brud i wojna. Jednak GMO wrzuca się do państw rozwijających się, które będą w stanie płacić licencje, a nie do tych które najbardziej potrzebują jakiejkolwiek pomocy.

Mam wrażenie, że w przekonaniu opinii publicznej Afryka to jest wielki połać pustynnej ziemi z lepiankami. Media trochę lansują taki obraz, pokazując albo tylko biedne rejony gdzie faktycznie tak jest, albo zwyczajnie wiochy. Robi się z murzynów dzikusów niezdolnych do myślenia i nie znających praw i szans jakie tworzy rynek. Tworzy to warunki w których opinia publiczna tylko przyklaskuje zarzucaniu Afryki GMO.

Elity rządów państw Afrykańskich wiedzą natomiast doskonale, że GMO jest szkodliwe dla zdrowia i zawzięcie nie zgadzają się na zezwolenie na ich uprawy na terenie swoich krajów. Pierwszym, które się przełamało było RPA, które zresztą jest jednym z najbogatszych i najlepiej prosperujących państw w Afryce.

Jeszcze jednym genialnym przykładem pomocy zachodnich koncernów dla biednego kontynentu afrykańskiego jest zarzucenie rynku ubogich państw afrykańskich tanim, sproszkowanym mlekiem z Europy. Mleko to nie ma wartości odżywczych, a wręcz jest szkodliwe. Zatem nie dość, że jego działanie na wygłodzone organizmy dzieci afrykańskich jest zgubne, to spowodowało również upadek miejscowej hodowli bydła, jeszcze większą biedę i uzależnienie od dostaw żywności z zachodu.

PO nie podoba się KRRiT

Jak dotąd mieliśmy następujący układ sił w telewizji – telewizja publiczna sympatyzowała z PiS i ewentualnie Samoobroną, natomiast telewizja prywatna (mam na myśli tvn) delikatnie rzecz biorąc sympatyzowała z PO. Zatem można powiedzieć, że mieliśmy umiarkowaną różnorodność, chociaż nie powiedziałabym, że wolność mediów.

PO ma większość w parlamencie, Bronisław Komorowski pełni funkcje prezydenta państwa, zatem posiada wszystkie prezydenckie uprawnienia. PO wyraźnie dąży do monopolu na władzę. Jednak to wciąż za mało! Jeszcze wszystkie media muszą być przychylne PO. W końcu kto ma władzę, ten ma media jak powiedział Toeplitz. To działa też w drugą stronę, tworząc błędne koło. Kto ma media, ten ma władzę.

Nawet w mediach publicznych, teoretycznie przychylnych opozycji z powodu heroicznej walki PO z powodzią mnóstwo czasu antenowego zajmuje pokazywanie poważnych buziek Tuska i Komorowskiego. Zatem PO nie powinno narzekać.

Jednak senat już odrzucił sprawozdanie KRRiT z 2009r. Jeśli Sejm i B. Komorowski również to uczyni skład KRRiT zostanie rozwiązany. Bronisław Komorowski przyjmuje pozycję pokornego baranka i zapowiada, że jeśli sejm podejmie taką samą decyzję co senat, on przychyli się do tej decyzji. W zasadzie oczywiste jest, że to się stanie.

Jednocześnie zaczyna się kampania w wolnych mediach, która ma urobić opinię publiczną i utwierdzić ją w słuszności decyzji PO. Jak czytamy w dziennik.pl

Polityka poprawności politycznej dociera do Polski. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zakazuje emitowania reklam. Spotom dostało się za to, że naruszają chrześcijańskie wartości i kpią z religii. Zobacz, który spot trafił na cenzurowane.

Szkoda, że nie mówi się o innych formach cenzury w telewizji i poprawności politycznej z którą spotykamy się na codzień i kwestia (dość wątpliwa) wycofania jakieś reklamy jest przy tym drobiazgiem.

Katastrofa Smoleńska to refren piosenki

A piosenka nosi tytuł Polityczna szarada. Historia tak samo jak refren lubi się powtarzać.

19 października 1986 r. na terytorium RPA rozbił się Tu-134 z prokomunistycznym prezydentem Mozambiku na pokładzie (oprócz niego w samolocie znajdowały się 43 osoby, w tym kilkunastu ministrów i innych ważnych urzędników tego państwa). Podobnie jak w przypadku katastrofy pod Smoleńskiem, maszyna roztrzaskała się, odchyliwszy się wcześniej o 37 stopni od właściwego toru lotu, a piloci obniżali samolot, zachowując się tak, jakby nie mieli świadomości, na jakiej wysokości się znajdują. Zignorowali też tak jak polska załoga; sygnał ostrzegawczy GWPS, który włączył się 32 sekundy przed upadkiem. Po katastrofie południowoafrykańska policja zabrała wszystkie czarne skrzynki, odmawiając poddania ich niezależnemu badaniu. Oficjalny raport przygotowany przez śledczych RPA do złudzenia przypominał ustalenia Rosjan ws. katastrofy pod Smoleńskiem. Jego tezy były następujące:
1) samolot prezydenta Mozambiku był w pełni sprawny,
2) wykluczono akt terroru lub sabotażu,
3) załoga nie przestrzegała procedur obowiązujących przy lądowaniu,
4) załoga zignorowała ostrzeżenia GWPS.
Rosjanie, którzy w katastrofie stracili wiernego sojusznika, gwałtownie oprotestowali raport komisji południowoafrykańskiej. Oskarżyli władze RPA o zamach polegający na zakłóceniu sygnału satelitarnego samolotu. Wskazywały na to okoliczności wypadku, bardzo przypominające zresztą jak już wspomnieliśmy to, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem.
Po kilkunastu latach okazało się, że w tym akurat przypadku rację mieli komuniści. W styczniu 2003 r. Hans Louw, były agent służb specjalnych rasistowskiego reżimu RPA, przyznał, że samolot został strącony wskutek celowego zakłócenia sygnału satelitarnego przez południowoafrykańskich agentów. Dodał, że w wypadku niepowodzenia ataku maszyna miała zostać zestrzelona przez jedną z dwóch specjalnych ekip.

http://en.wikipedia.org/wiki/1986_Mozambican_Tupolev_Tu-134_crash

Wcześniej o katastrofie smoleńskiej pisałam tutaj:Chłodna ocena katastrofy smoleńskiej

A o piosence nagranej przez Wojewódzkiego i Figurskiego dotyczącej katastrofy Smoleńskiej tutaj: https://rakpap.wordpress.com/2010/05/20/wstretna-kampania-jaroslawa-kaczynskiego/

Jak nie drzwiami to oknem. Co? GMO

Dotychczas europejskie uprawy, pomijając kukurydzę, były wolne od roślin genetycznie modyfikowanych. Kukurydza już jest, starano się więc od 12 lat wprowadzić kolejną kosteczkę GMO – ziemniaka Amflorę. Były komisarz do spraw środowiska, Stawros Dimas wytrwale sprzeciwiał się temu. Dobrze, że w strukturach UE są/były jeszcze takie osoby.

Ale cóż, skoro drzwiami nie chciano wpuścić, GMO weszło oknem. Dokładnie takim sposobem uprawa genetycznie modyfikowanych ziemniaków stała się legalna w całej Unii Europejskiej (tak, u nas też i dzięki Traktatowi Lizbońskiemu nie mamy wiele do gadania). Jak do tego doszło? Uchwalono nową procedurę, która pozwala podejmować decyzję bez debaty na forum Komisji Europejskiej i bez konsultacji z komisarzem ds. środowiska.

Wobec tego po co utrzymujemy Komisję Europejską i komisarzy do różnych spraw, skoro decyzje można podejmować bez konsultacji z nimi? Nasza wspaniała Unia przestaje utrzymywać już nawet pozory (socjal)demokracji.

Modyfikowana żywność z pewnością i tak znajdowała się co jakiś czas w naszych sklepach, chociażby ta importowana. Jednak co innego importować (jak ktoś ma ochotę niech to kupuje), a co innego uprawiać GMO. Dlatego, bo uprawy GMO mają tendencję do rozprzestrzeniania się nie tylko na sąsiedznie uprawy, ale dosłownie wszędzie – wiatr niesie pyłki i nasionka roślin, które mają przewagę nad normalnymi roślinami. Niestety pod kątem wpływu na zdrowie człowieka nie mają przewagi, napiszę o tym kiedyś osobną notkę.

Natomiast może pojawić się pytanie: skoro jest to niezdrowe, czemu firmy tak walczą o to by uprawiać i sprzedawać GMO? Odpowiedź jest prosta. Pieniądze. Za uprawę GMO rolnicy płacą rolnikom opłaty licencyjne wysokości 30 mln euro. A jak pisalam GMO lubi się rozprzestrzeniać i wypierać normalne rośliny. Proces o nielegalne stosowanie nasion i nie płacenie licencji gotowy.

Ponadto nie wiem czy będzie się tutaj stosować takie praktyki jak w USA stosuje Mosanto – że co roku trzeba zakupić ponownie nasiona, nie można użyć nasion ze swoich zbiorów. Zyski firm GMO są horrendalne, dlatego mają w poważaniu czy klient jest zadowolony i czy choruje od ich cudownych karykatur żywności. Stać ich również na jak widać skuteczne lobbowanie w rządach.

(Jako ciekawostkę powiem, że w USA byli szefowie lub wysoko postawieni pracownicy zajmują ważne stanowiska w sektorze polityki rolnej. Co za zbieg okoliczności…)

Co europosłowie myślą o traktacie lizbońskim

Dzisiaj bez nadmiernego rozwodzenia się. Daję ponownie video, tym razem kilku europosłów, którzy wypowiedzieli się co naprawdę myślą o traktacie lizbońskim na forum europarlamentu.

Jak widać niechęć do traktatu lizbońskiego nie jest tylko chorym wymysłem uwstecznionych tradycjonalistów. Uczciwi europosłowie, również dostrzegają absurd i niebezpieczeństwo traktatu.

PS: Brawo dla tych posłów, którzy ponad dobry stołek i pieniądze przedkładają wierność ideałom i w sumie również moralności. A że większość przegłosowała ten traktat – cóż, gdy już się siedzi w Brukseli i zarabia do 25 000 euro miesięcznie podejrzewam, że nie specjalnie ma się ochotę zastanawiać i wychylać z własnymi kontrowersyjnymi opiniami.

(btw, nie wiem czy to jest jasne, te 25 000 euro nie bieże się z nieba, tylko m. in. z naszych podatków. Dawanie takich pensji jest wręcz gorącym zaproszeniem do porzucenia interesów państw członkowskich, na rzecz interesów posła. Posiedzę cicho póki kadencja się nie skończy! A co się będę wychylać, dobrą fuchę mam

To samo zresztą się odnosi do naszego parlamentu i sejmu)

Nawet ugrupowania komunistyczne manifestowały za przeprowadzeniem referendum we wszystkich krajach członkowskich! Kładziemy radosnym ruchem podwaliny pod kolejny system totalitarny i obawiam się, że wcale nie przesadzam.

Edit: 22:58
Dodaję jeszcze wypowiedź europosła Nigel’a Farage na temat przeforsowania Traktatu Lizbońskiego mimo negatywnego wyniku referendum.

Kto jest winny budowie na terenach zalewowych

Nikt nie jest winny. Cała ta parodia z zakazywaniem budowania się, od samego początku mnie śmieszyła i nie sądziłam, że ludzie ją podłapią.

A jednak. Wczora spacerując po sieci co i rusz się natykałam na oburzenie – jakże to można było pozwolić! No proszę…

Tak się składa, że jesteśmy krajem głównie nizinnym, z gęstą siecią rzeczną. Terenem zalewowym jest przeszło 3/4 Polski i powodzie zdarzają się u nas co roku. Nadzwyczajność tego rocznej powodzi polega na tym, że objęła chyba wszystkie tereny zalewowe na raz, przez co straty są faktycznie ogromne.

Tutaj jest jakaś dość stara mapka wyszczególniająca większość terenów zalewowych

powodzie

Tutaj chyba są wymienione tylko większe powodzie, bo co roku na wiosnę podtapia niektóre województwa. Wobec tego, można by się spodziewać, że ktoś, najlepiej dużo osób wpadnie na to, aby się ubezpieczyć przed powodzią na następny rok. Dodatkowo rząd dostał 2mld złoty, czy też euro na zapobieżenie powodziom z Unii. Zamiast się zabezpieczyć wybudowaliśmy stacje meteologiczne.

Można budować się tak, żeby zabezpieczyć się przed powodzią, tak samo jak można tak zaplanować infrastrukturę, żeby zapobiec nieszczęścia. Pomysły z zakazem budowania się są tragikomiczne, ponieważ jak widać zdecydowana większość Polski jest terenem zalewowym. No, ale slogan chwycił (bo wątpie, by można było to wprowadzić w ogóle w życie) i punkt dla Komorowskiego za wspaniałomyślność. Wspaniałomyślności nie widzę, żenada.